nick: hasło: zapamiętaj mnie: zaloguj / zarejestruj




Aktualności

Jerzy Kośnik: Odkrywam to, co piękne

Autor: MS Opublikowano 5 miesięcy, 25 dni temu
Czytano 496 razy

Jerzy Kośnik: Odkrywam to, co piękne

"Przez to zdjęcie wyrzucili mnie potem z "Filmu". Gdy pokazałem je naczelnemu, ten okazał się partyjnym idiotą i nie chciał go opublikować. Nie lubił Solidarności, więc to zdjęcie szczególnie mu nie leżało." Jerzy Kośnik w rozmowie z naszym redaktorem - Tomaszem Wojciukiem.

Tomasz Wojciuk: Czy to prawda, że fotograf znany głównie z aktów zajmuje się ostatnio... produkcją znaczków?
Jerzy Kośnik: Filatelistyka od dawna jest moją wielką pasją. A mówiąc poważnie, wytwarzanie znaczków, tzw. Artmail, to zawsze była dziedzina sztuki. Pierwszy raz zetknąłem się z tym w PRL-u, w Riwierze Remont. Przyjechali artyści z Zachodu i przywieźli koperty ze stempelkami. Na każdym stemplu był jakiś buńczuczny tekst. Bardzo mi się to wówczas podobało. Establishment komunistyczny takiej oryginalności, niesztampowości kompletnie nie tolerował. Dziś Artmail to moje hobby. Na znaczkach zamieszczam najczęściej  swoje zdjęcia: np. powstała seria aktów czarno-białych, seria zwierząt warszawskiego Zoo, seria zdjęć mojej córki, czy seria „Ikonografia oporu” zawierająca druki ulotne, które zbierałem m.in. w stanie wojennym. Chciałbym zrobić wystawę swoich znaczków na Poczcie Głównej w Warszawie.

Jerzy Kośnik wywiad filatelistyka
Fot.: Jerzy Kośnik
 

T.W.: Takie produkowanie znaczków jest legalne?
J.K.:
Każdy obywatel ma prawo wydać znaczek, pod warunkiem, że nie jest na nim napisane Poczta Polska i nie jest użyty do opłaty pocztowej. Aby wysłać list ze swoim znaczkiem, obok trzeba nakleić drugi, kupiony na poczcie. Trzeba pamiętać, że nasz znaczek to manifest. Wydaje mi się, że można go traktować tylko w takich kategoriach.

Jerzy Kośnik wywiad filatelistyka
Fot.: Jerzy Kośnik
 

Jerzy Kośnik wywiad filatelistyka
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: A ja myślałem, że artystycznych inicjatyw pan nie popiera?
J.K.:
To zależy. Na pewno nie popieram kretyńskich inicjatyw, pseudoartystycznych. Z jedną z nich zetknąłem się ostatnio. Ktoś wziął kiepskie zdjęcie znanego fotografa sprzed 40 lat i rozdał je 100 autorom, aby powielili je w technice szlachetnej gumy. Taki zabieg jest bez sensu. Choćby nie wiem jak się starali, i tak nic z tego kiepskiego zdjęcia nie wyczarują. Technika czy technologia nic nie zmieni, jeśli mierny jest produkt wyjściowy. Trudno też mówić o bardziej czy mniej szlachetnych technikach postprodukcyjnych. Według mnie tak samo szlachetna jest technologia cyfrowa, bo daje nieporównanie większe możliwości kreacyjne. Zdjęcie cyfrowe  można pokazać po obróbce, w każdej ze znanych technik nazywanych szlachetnymi  oraz jeszcze większej ilości stylów jeszcze nie nazwanych.

 

Strona 2

T.W.: Przy każdej okazji podkreśla pan, że fotografia cyfrowa bardzo wpłynęła na pana kreatywność...
J.K.:
Bo to prawda. Nigdy bowiem wcześniej nie istniało narzędzie dające takie możliwości twórczego przekształcania obrazu fotograficznego. Ale pamiętam trudne początki techniki cyfrowej, jak pod koniec lat 90., gdy wyjeżdżałem na festiwal filmowy w Cannes, firma Agfa wręczyła mi pierwszy aparat cyfrowy, który generował zdjęcie o wielkości 1 MB i miał sekundowe opóźnienie wyzwalania migawki. Używając go straciłem kupę świetnych ujęć, m.in. zdjęcie Jeana Reno jedzącego... taśmę filmową. Gdybym fotografował wtedy Canonem T90 zdążył bym zapełnić pół filmu. Pomimo to nie żałuję. To były początki nowej ery w historii fotografii. Cieszę się, że mogłem ją tworzyć. Już wtedy na seminariach w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych  przestrzegałem zawodowych fotografów, że jeżeli w najbliższym czasie nie przejdą na technologię cyfrową, to znikną z rynku. I pokazywałem cyfrowe techniki retuszu, które
pozwalały „uszlachetnić” każdą twarz. Już wtedy dysponowałem algorytmami kilkudziesięciu stylów malarskich! Do dzisiaj jestem pod wrażeniem, jak niepowtarzalny styl malarski jakim jest np. impresjonizm można przełożyć na język matematyki.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia cannes
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia cannes Polański
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia cannes Connery Zeta Jones
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia cannes Roger Moore
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: Podobno jest pan z wykształcenia socjologiem.
J.K.:
Tak, na ostatnim roku prowadziłem indywidualny tok studiów pisząc pracę z socjologii reklamy.
Uczestniczyłem wtedy w wybranych zajęciach na warszawskiej ASP. Socjologia bardzo pięknie wpływała to na moje dwie potrzeby fotografowania: studyjną, gdy przebywam z modelem w zamkniętym pomieszczeniu, gdzie tworzy się atmosfera wzajemnego oddziaływania, i reportażową, kiedy znajduję się z aparatem w tłumie ludzi czegoś chcących, o coś walczących, wyrażających swoje emocje i uczucia.

T.W.: A zaczynał pan od studia czy od reportażu?
J.K.:
Prawdę mówiąc od aktu, ale w plenerze. Był rok 1967, miałem wtedy 17 lat. Uciekłem z dziewczyną z pochodu 1-majowego i pojechaliśmy pod Warszawę. Opalaliśmy się nago i nagle wpadłem na pomysł, aby ją sfotografować. Do dziś pamiętam jej piękne, jasne włosy, które niesamowicie wyglądały pod światło. Poczułem, że muszę ten moment zatrzymać. Przezwyciężyłem  jej opór, wziąłem do ręki aparat, który był własnością ojca mojej modelki, i zrobiłem zdjęcia.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia cannes Figura
Fot.: Jerzy Kośnik

 

Strona 3

T.W.: I co było potem?
J.K.:
Rok później w marcu 1968 kupiłem swój pierwszy aparat. Pamiętam, że miał mieszek i był formatu 6×6. Po raz pierwszy wyszedłem z nim na ulicę dokładnie 11 marca. Blisko mnie była  Politechnika Warszawska. I nagle znalazłem się z aparatem w centrum historycznego protestu studentów. Zrobiłem swój pierwszy film i od razu zderzyłem się z realiami życia. Mój ojczym, zagorzały komunista, kiedy dowiedział się, że sfotografowałem strajkującą uczelnię od razu chciał mi ten film skonfiskować. Z młodzieńczej przekory zacząłem go więc przed nim ukrywać. Sześć zdjęć mam do dziś, wszystkie są w agencji Forum. To bardzo prosty fotoreportaż, ale o dużej wartości dokumentalnej.

T.W.: Lubił pan brać udział w demonstracjach?
J.K.:
Oczywiście, ale z aparatem. Lubiłem być wszędzie tam, gdzie uzewnętrzniały się ludzkie emocje. I dzisiaj także na hasło „protest społeczny” chwytam za aparat i wybiegam na ulicę.

T.W.: Podobno, za komuny, fotograf mógł stać tylko w grupie strajkujących?
J.K.:
Teoretycznie. Życie było bardziej skomplikowane. Fotografowie stali po dwóch stronach barykady. O jednej takiej przygodzie opowiadam na stronie Klubu Fotografii Prasowej przy SDP - „Historia jednej fotografii”. Ja stanąłem po stronie Solidarności i dołączyłem do grupy społecznych fotoreporterów Regionu Mazowsze. Ci którzy stali za kordonem ZOMO i w luksusowych warunkach fotografowali bitych demonstrantów, swoje zdjęcia pokazują dopiero teraz. Niektórzy je nawet publikują...

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Wałęsa
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Wałęsa
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: Podobno zrobił pan zdjęcie księdza Jerzego Popiełuszki w podniesieniu?
J.K.:
Tak, choć fotografowanie akurat w tym momencie jest w kościele katolickim zabronione... Byłem na jego kazaniach dwukrotnie. Pamiętam, że ksiądz Jerzy mówił do ludzi prostym językiem o prawdzie, o Ojczyźnie, o potrzebie solidarności i tym porywał słuchających. Dostanie się na Mszę Za Ojczyznę z aparatem było wtedy nie lada wyczynem. Na wszystkich ulicach dojazdowych stali ubecy, bacznie przyglądający się każdemu wnoszonemu na mszę pakunkowi. Wszystkich podejrzanych sprawnie rewidowali. Co najmniej dwa razy nie dotarłem z tego powodu na Eucharystię.


T.W.: To prawda, że w latach 80. był pan jedynym polskim fotografem obsługującym festiwal filmowy w Cannes?
J.K.:
Tak, i jako jedyny polski fotoreporter byłem na nim aż 20 razy. Na początku jeździłem jako wysłannik tygodnika „Film”, a od roku 1982, po wyrzuceniu mnie z „Filmu”, już na własną rękę. Przestałem jeździć do Cannes dopiero około roku 2000. Raz, że nie było to już opłacalne, a dwa, że sam festiwal zaczął podążać w nieco innym kierunku – bardziej europejskim, afrykańskim. Przez moment zabrakło gwiazd amerykańskiego kina, a na dodatek zlikwidowano słynną część plaży hotelu Carlton, gdzie starletki prezentowały fotoreporterom swoje wdzięki.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Cannes
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Cannes
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: To w Cannes zrobił pan słynne zdjęcie Jacka Nicholsona z wpiętym w klapę marynarki znaczkiem Solidarności?
J.K.:
Tak, przez to zdjęcie wyrzucili mnie potem z „Filmu”. Zrobiłem je w maju 1981 roku. Gdy pokazałem to zdjęcie naczelnemu, ten okazał się partyjnym idiotą i nie chciał go opublikować. Nie lubił Solidarności, więc to zdjęcie szczególnie mu nie leżało.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Cannes Jack Nicholson Solidarność
Fot.: Jerzy Kośnik

Nicholsona bez znaczka wziąłby w ciemno i pewnie zrobił z niego okładkę. Tymczasem „Polityka” prowadzona przez liberała partyjnego Rakowskiego opublikowała je natychmiast i to na pół strony. Czasy były podłe, ale nie takie beznadziejne.

T.W.: Jak namówił pan Nicholsona do przypięcia znaczka Solidarności?
J.K.:
W ogóle go nie namawiałem. Podczas konferencji prasowej zapytałem go tylko, czy lubi Solidarność. Powiedział, że tak, więc po konferencji podszedłem do niego i dałem mu w prezencie znaczek. Przypiął go z własnej nieprzymuszonej woli. Inaczej było w roku 1989, gdy przed czerwcowymi wyborami, już świadomie namówiłem cztery gwiazdy światowego kina do przypięcia znaczka w geście poparcia dla Solidarności. Jak Grace Jones była w Polsce demokratycznej z koncertem, spotkałem się z nią i podziękowałem mówiąc, że to był jej wkład w wolną Polskę. Była wzruszona.


Strona 4

T.W.: Co robił pan w stanie wojennym?
J.K.:
Brałem aparat i wychodziłem na ulicę. Weryfikacje dziennikarzy w „Filmie” były w lutym 1982. Paradoksalnie, gdy straciłem pracę zacząłem naprawdę świetnie się realizować. Nadal jeździłem na zagraniczne festiwale filmowe. Byłem jedynym polskim fotografem, który przywozi zdjęcia zagranicznych gwiazd do Polski. Bo do nas wtedy gwiazdy nie przyjeżdżały... Nawiązałem także współpracę z francuską agencją Gamma – jedną z największych na świecie. Zacząłem naprawdę dobrze zarabiać. Nagle się okazało, że za zdjęcie ze stanu wojennego nie dostaję 50 czy 100 zł tylko 1500 dolarów. A zdarzały się sesje, np. sesja z uwięzionym w Arłamowie Lechem Wałęsą, w której realizacji również brałem udział, za którą zapłacono nam 30 tys. dolarów. Wtedy to była wartość czterech mieszkań w śródmieściu Warszawy.

T.W.: Czy fotografowanie demonstracji było bezpieczne?
J.K.:
O, na pewno nie. Strata sprzętu redakcyjnego wiązała się wówczas z tym, że trzeba było za niego zapłacić. Te koszty były niewspółmiernie wyższe niż dzisiaj. Na klasową lustrzankę pracowało się co najmniej rok. Dlatego wielu moich kolegów podczas stanu wojennego bało się wziąć aparat do ręki. Ja miałem ten komfort, że jak ktoś uszkodził mi sprzęt, to z Gammy zaraz przysyłali mi nowy. Oczywiście musiałem za niego zapłacić, nie był to jednak dla mnie wielki wydatek.

T.W.: Teraz fotografuje pan Nikonami, a wtedy?
J.K.:
W erze fotografii analogowej preferowałem Canony. Analogowe Canony miały priorytet czasu i przysłony, Nikon miał wtedy tylko priorytet przysłony. A niestety, w reportażu ważniejszy jest czas niż głębia ostrości. W stanie wojennym zamówiłem w Gammie za 5 tys. dolarów trzy nowe Nikony: dwa FE2 i jednego mechanicznego FM. Żaden z nich nie miał priorytetu czasu. Zacząłem do Gammy przesyłać poruszone zdjęcia... Szybko wyrzuciłem te Nikony i wróciłem do Canonów. Z Nikonów używałem tylko pancernego modelu Nikkormat, który przyjechał do mnie prosto z wojny w Wietnamie. Raz, gdy jeden esbek rzucił nim o ziemie, nawet się nie wgniótł. Nie lubiłem nim jednak fotografować, bo był strasznie ciężki.

T.W.: Jak długo współpracował pan z agencją Gamma?
J.K.:
Do 1990 roku. W Polsce nastąpiła transformacja ustrojowa i przestaliśmy już być dla świata tak ciekawi, jak w latach 80. Wszyscy zaczęli interesować się Związkiem Radzieckim. A poza tym równolegle miałem jeszcze swoją działalność artystyczną, czyli akty i portrety.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia akt
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia akt
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: Z fotografii aktu można się utrzymać?
J.K.:
Skąd. Ta dziedzina sztuki nigdy nie była dochodowa. No, może z jednym wyjątkiem. W roku 1980 robiłem zdjęcia do dobrze płatnych kalendarzy. To wtedy m.in. odkryłem Kasię Figurę. Dla „Filmu polskiego” fotografowałem też Anię Dymną i Grażynę Szapołowską.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia akt Anna Dymna
Fot.: Jerzy Kośnik

Aha, na akcie można było zarobić jeszcze pod koniec lat 70. Funkcjonował wówczas miesięcznik „Perspektywy”, w  którym za zdjęcie aktu płacono 800 zł przy średniej pensji miesięcznej wynoszącej 1200 zł. Minus był taki, że w „Perspektywach” nie wolno było fotografować kobiecego łona, bo – jak mi powiedziano - zwiększał się przez to onanizm wśród żołnierzy. Nie chcąc pozbawiać się tych 800 zł konsekwentnie więc je ukrywałem, prosząc moje modelki, aby przyjmowały dziwaczne pozycje... Autocenzura jest straszna, ale i zewnętrzna cenzura nikomu nie służy. W tej chwili mam inną filozofię: pozwalam dziewczynie na wszystko w trakcie sesji, a  cenzuruję zdjęcia dopiero, gdy mają być pokazane publicznie. Ekspresja niektórych modelek przekracza często schematy obyczajowe. Zresztą ja też się zmieniam. Po raz pierwszy pokażę w tym roku w „FOTO” cykl „Uniesienia”, który zrobiłem kilka lat temu. Wcześniej uważałem te zdjęcia za zbyt intymne.
 

Strona 5
 
T.W.: Kiedyś pochwalił się pan, że sfotografował ponad 3 tysiące kobiet.
J.K.:
Myślę, że mogło się ich tyle uzbierać. Proszę spojrzeć na tę ścianę pełną setek tysięcy negatywów. Niektóre z moich modelek zrobiły naprawdę wielkie kariery. Do tego grona zaliczam na pewno Joasię Pacułę oraz Kasię Figurę, która w pewnym momencie nie wykorzystała danej jej przez los szansy... 

T.W.: Co ma pan na myśli?
J.K.:
W 1990 roku Kasi, jako pierwszej kobiecie z dawnego bloku wschodniego, zaproponowano zdjęcia do amerykańskiej edycji Playboya. Propozycję tę odrzuciła, co w moim odczuciu było bardzo dużym błędem. Kasia miała wtedy bardzo zazdrosnego partnera, który, jak jechała do mnie na sesję, spuszczał jej nawet powietrze z opon... Jak aktorka ma takiego partnera, to jest nieszczęście. Gdyby wtedy zapozowała do Playboya, zrobiłaby furorę.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Katarzyna Figura
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia Katarzyna Figura
Fot.: Jerzy Kośnik

Tam na zachodzie wszyscy chcieli zobaczyć, czy kobiety z dawnych krajów komunistycznych wyglądają tak samo jak te na wyspach brytyjskich, czy w USA. W końcu zamiast Kasi rozebrała się Rosjanka, która, choć ładna, pięknem i zmysłowością nie dorastała jej jednak do pięt.

T.W.: A pan publikacji w amerykańskim Playboyu się doczekał.
J.K.:
Rzeczywiście, dostąpiłem tego zaszczytu jednocześnie przekonując się, że gigantyczne honoraria wypłacane rzekomo fotografom i modelkom Playboya to zwykły mit. Dziewczyna z Polski, 17-letnia Joanna Janikowska, na podstawie moich zdjęć z edycji polskiej, znalazła się w zestawieniu 100 najpiękniejszych kobiet świata. Jak Tomasz Raczek, ówczesny redaktor naczelny polskiej edycji Playboya spojrzał na jej zdjęcia, nie był zachwycony. Skrytykował brudną wodę, niewypasiony jacht, a na urodę dziewczyny machnął tylko ręką. Ale zdjęcia puścił. Później jak zadzwonił do niego Hugh Hefner podesłał do mnie Pągowskiego, aby uzyskał moją zgodę na publikację zdjęć u Amerykanów. Miałem z tego niezły ubaw. Najpierw, z przekory, nie chciałem się zgodzić. Twierdziłem, że przecież woda taka brudna. Przetrzymałem go ze dwa tygodnie, Raczek musiał mieć duszę na ramieniu, bo jak Hefner coś powie, to jest świętość... Potem już nigdy więcej nie proponowałem zdjęć do polskiej edycji Playboya.

T.W.: Podobno jak modelka rozbiera się do zdjęć, to pan nie wychodzi. Czy to prawda?
J.K.:
Tak, uważam, że modelka powinna się oswoić z facetem, który za chwilę będzie patrzył na nią przez obiektyw. Pobudzenie u dziewczyny ekshibicjonizmu to klucz do dobrego aktu. Dziewczyna zestresowana swoją nagością nigdy dobrze nie zapozuje. Co najwyżej pokaże tylko nagie ciało. A mnie sam fakt rozebrania, albo inaczej, obcowania z nagim ciałem, przestał interesować już po sfotografowaniu pierwszych 100 modelek. Dzisiaj przyjmuję na sesje tylko te dziewczyny, które zgłaszają się do mnie same. Wiem wtedy, że mają one motywację, że im zależy.
Nie interesują mnie też dziewczyny idealne. Znacznie bardziej wolę te ekspresyjne. Jak potrzebuję dziewczyny idealnej to stworzę ją w komputerze. Ekspresji kobiecości komputerowo się nie wykreuje...

Jerzy Kośnik wywiad fotografia
Fot.: Jerzy Kośnik

Jerzy Kośnik wywiad fotografia
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: Jak udaje się panu zachować zimną krew na widok tylu pięknych kobiet?
J.K.:
Naturalną barierą oddzielającą mnie od dziewczyny jest aparat. Z doświadczenia wiem, że lepiej go nie odkładać podczas sesji, bo można wtedy ulec emocjom. Marek Karewicz mówi, że nie robi aktów dlatego, że jak kobieta się rozbiera, to on... odkłada aparat. Jak przestanę być mężczyzną, przestanę też fotografować akty. W tej dziedzinie sztuki niezbędne jest jakieś erotyczne niedopowiedzenie, oddziaływanie płci.

T.W.: Jaki jest dobry akt? Czy istnieje na to jakaś recepta?
J.K.:
Zasada dobrego aktu jest prosta: odkryć to co piękne, a zakryć to, co brzydkie.

T.W.: Zgodzi się pan z opinią, że to Helmut Newton wprowadził fotografię aktu na pałace?
J.K.:
Tak, i bardzo go za to cenię. To pod jego wpływem wyszedłem kiedyś z dziewczynami na ulicę. Poza tym Newton też uwielbiał fotografować przy prostym, najczęściej naturalnym świetle.

T.W.: Kiedyś powiedział pan, że nie powinno się fotografować nago kobiet, które mają powyżej 21 lat... Podtrzymuje pan to?
J.K.:
To prawda, że zwykle najlepiej przed obiektywem wyglądają kobiety w wieku 17-21 lat. Ale nie jest to regułą. Kilkakrotnie fotografowałem bowiem cudowne kobiety tuż przed 30-tką.

T.W.: Czy pozwala pan swoim modelkom spożywać podczas sesji alkohol?
J.K.:
Już dawno nie. Nie da się mieszać alkoholu ze zdjęciami – to nie daje fajnych efektów. W przypadku modelki malutki drink to jest wszystko, co jestem w stanie zaakceptować. Fotograf alkoholu nie powinien dotykać wcale, bo momentalnie gubi się ostrość. W młodości straciłem wiele sesji przez nieprzestrzeganie tych zasad.

Jerzy Kośnik wywiad fotografia
Fot.: Jerzy Kośnik

T.W.: Czy w chwili obecnej, oprócz działalności artystycznej, czymś pan się zajmuje?
J.K.:
Od dwóch lat jestem dokumentalistą budowy Stadionu Narodowego. Zleciło mi to Narodowe Centrum Sportu i muszę powiedzieć, że bardzo się w tym rozsmakowałem. Na początku nie było tam nic. Potem zaczęto wbijać pale, które tworzyły niesamowite cienie. Teraz stadion rośnie jak na drożdżach, to cudowna konstrukcja. Jestem tam dwa razy w tygodniu i znam prawie każdą z pracujących przy budowie osób. Chętnie mi pozują. To naprawdę fajna praca.

 


 


ZOBACZ TAKŻE


KOMENTARZE UŻYTKOWNIKÓW

WIDZE, ŻE JUREK ŻYJE FOTOGRAFIĄ SPRZED 20 LAT ALBO LEPIEJ.
NIC NOWEGO. WIDZIAŁEM TO WSZYSTKO WSZĘDZIE GDZIE MOŻNA BYŁO...
Dodano 5 miesięcy, 23 dni temu przez oio

A gdzie można zobaczyc nowsze zdjęcia, nie te z minionej epoki lub dwóch...
Dodano 5 miesięcy, 18 dni temu przez oio

WIDZĘ RÓZNIEŻ, ŻE CZYTALNOŚĆ TEGO BLOGU JEST OSZAŁAMIAJĄCA...
Dodano 5 miesięcy, 15 dni temu przez oio